|
wstecz zobacz też: Rowerem do Rumunii (2002) |
Do Rumunii przez Ukrainę |
|
8 sierpnia (0 km)
Ośno Lubuskie - Przemyśl (z PKP) Pakuję się w pociąg i ruszam do Przemyśla, w tym roku czas mam dość ograniczony, więc zmuszony jestem dojechać pociągiem do granicy. Po drodze tłukąc się dwoma pociągami spotykam człowieka, który również wybiera się na Ukrainę, udziela mi kilku rad. Ma tam dziewczynę-Ukrainkę i zamierza się tam przenieść i zamieszkać. Według niego: - najlepiej widzianą walutą jest dolar amerykański, - warto brać ze sobą funty angielskie, bo przy wymianie na ukraińskie hrywny wychodzi bardzo dobry przelicznik, - jest tam dobre piwo, - we Lwowie za noc na kwaterze w całkiem dobrych warunkach płaci się 5$, - przy przekroczeniu granicy trzeba wypełnić deklarację i opłacić ubezpieczenie zdrowotne, - Ukrainki za noc biorą 10$. W pociągu z Wrocławia do Przemyśla duży skład i można spokojnie jechać. Jest nas dwóch z rowerami, konduktor nie zgadza się na ustawienie rowerów na końcu składu, żeby nie zastawiać końca pociągu, zgadza się jednak na wstawienie rowerów do jednego z ostatnich przedziałów. "Niedługo będą jeździć z krowami", komentuje złościwie jeden z podróżnych. Trzeba uważać na złodziei w rejonie Krakowa, łażą po pociągu w sześciu i sprawdzają kto nie śpi, nikogo wtedy nie ma z obsługi (może się boją i zamykają?). Problem jest stary jak świat, znam już niektórych buźki, chociaż nieczęsto tędy przejeżdżam. |
|
9 sierpnia (1. dzień 142 km)
Przemyśl - Lwów - ?
Jadę z Przemyśla do Medyki na przejście, wszystko inaczej niż na zachodniej granicy. Służby graniczne gonią kierowców ukraińskich, którzy oszczędzając sobie na opłatach parkingowych zrobili parking z jednego pasa. - Czyje to auto? - Nie moje, a ja nie wiem czyje. Ot, taka sobie przepychanka. Przy przejściu stoją Ukraińcy i sprzedają papierosy i wódkę, trochę na mnie narzekają, marny klient - nic nie chce. Rowery są przepuszczane pasem dla pieszych, chyba że zbierze się ich z 10 sztuk, to przejściem samochodowym. Walutę najlepiej kupić w budkach po lewej, tuż przy wejściu na przejście piesze, na przejściu samochodowym jest dużo drożej. Przekracza się granicę spokojnie, raczej bez kolejek, Ukraińcy są bardzo usztywnieni, służby graniczne dają do wypełnienia druczek z celem wyjazdu, mi jednak nie dają. Po przejściu muszę kupić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, dwa dolary, albo w hrywnach kilka złotych. Niedziela, jest mały ruch na trasie. Kupuję mapę w "zaprałce" (stacja benzynowa). Wyboru nie ma, same mapy z wielką skalą, typowo dla samochodziarzy.
Jadę w kierunku Lwowa, niedziela, mały ruch. Drogi raczej szerokie, ale z wyżartymi poboczami. Dziury od poboczy ciągną się nawet do połowy pasa, czasami są drobne kamyczki. Lepiej się nie wygłupiać i jechać z górki do 40 km/h, bo inaczej wywrotka murowana. Samochody są uprzywilejowanymi według mniemania kierowców. Kierowcy trąbią czy trzeba, czy nie trzeba, wymijają i wyprzedzają na trzeciego. Trzeba wtedy zjechać na piach, bo potrącą. Jeszcze tak kiepskich kierowców nie widziałem. Trochę się uspokajają, gdy widzą milicjanta (fałdy w mózgu się prostują? ;-).Kupując w sklepie wodę trzeba uważać, dla nich woda to również woda-cola, woda-sprite, ale też soki zaprawione wódką (8%), zaskoczony zwróciłem uwagę ekspedientce. "Ja wam hawariła", odpowiedziała. Fakt, pytała, czy jestem zdecydowany. ![]() W sklepach ekspedientki zasuwają na liczydłach, aż miło. Przed Lwowem widać już busiki, które kursują jako transport miejski. Nie trzeba nawet stać na przystanku, wystarcza stanąć i pomachać, zatrzymają się. Najczęściej są prawie pełne, ale kursują często.Lwów to ciekawe i bardzo ładne kiedyś miasto, nawet teraz też jest wyjątkowe. Jasne domy, szerokie ulice, duże budowle i ludzie rozgrywający w parkach turnieje szachowe, warto tu przyjechać na kilka dni. Jadę w kierunku na Czerniowce bardzo ciężką trasą, a później szybko zbaczam. Wolę nadrobić kilka kilometrów ale nie jechać po dziurach i w tłoku i w ciągłym trąbieniu. Okazuje się, że drugorzędne drogi są często w dużo lepszym stanie niż te główne! Za Lwowem jest ładny teren spacerowy z buczyną i jeziorem, z czego chętnie korzystają mieszkańcy. Jest to wyjątkowa sytuacja, gdy ludzie kąpią się w jeziorze; normalnie raczej nie pływają. Dlaczego? - Bo woda zimna, odpowiedziała zapytana dziewczyna. |
|
10 sierpnia (2. dzień 154 km)
?- Bibrka - Pieremiszliani - Bogatin - Bierierzanii - Sosniw - Zołotniki
Jadę w kierunku na Tarnopol. Ziemia wszędzie taka żyzna jak z opowiadań, żadnego kamienia, nawet w potoku ciężko kamień znaleźć. Drogi szerokie, w miejscowościach kopczyki i na nich grupy figur, to pomniki bojowników o wolną Ukrainę. Figury chyba z dawnych czasów, bo ludzie tacy wielcy i najczęściej z bronią. Wygląda na to, że najlepiej mają się tutaj cerkwie, wszędzie się coś buduje albo remontuje.Na budynkach jakieś kwiatki, dopiero skojarzyłem, że to taki fikuśny trójząb, symbol Ukrainy. Milicja ma ten znak na pojazdach, jest też na urzędach i szkołach. Wszędzie cerkwie, krowy i samochody ciężarowe marki Kamaz. W sklepach nie uświadczy się mleka ani sera, przecież wszyscy mają krowy, więc nie potrzeba, komentuje sprzedawczyni. ![]() Po drodze spotykam sprzedawców arbuzów, rozmawiam z jednym z nich. Kamaz i do tego przyczepa z arbuzami. Sprzedawca jest aż znad morza Czarnego. "Masz arbuza, zapamiętaj" (Karmuz... czy jakoś tak, bo już zapomniałem ;-)), dostałem więc arbuza w prezencie. Chwilę pogadaliśmy i w drogę. Mam nieopatentowany sposób przewożenia arbuza na rowerze, bywało że przejechałem z arbuzem i 100 km i nigdy nie spadł. A ile radości wśród dzieci wzbudza rowerzysta z arbuzem! ;-) ![]() ![]() Ludzie ogólnie są zaciekawieni, pytają ile kosztuje rower, oglądają wyposażenie. Przeważnie taki rower jest poza zasięgiem finansowym przeciętnie zarabiającego mieszkańca Ukrainy. Są tacy, co mają pieniądze, jeżdżą też przecież i nowe samochody, prościutko spod igły. Ciekawostką jest, że na Ukrainie samochody bardzo śmierdzą, śmierdzą stare gruchoty i duże ciężarowe. Pozostałe, nie. Smród jest wręcz przykry dla rowerzysty, może oni już coś dodają do benzyny (czyżby olej rzepakowy?). Samochodów "średnich" nie ma, mają niższy limit wieku niż w Polsce na sprowadzane graty i bardzo duże cło. Średniaków się nie opłaca sprowadzać, a 30-letnie graty kosztują tyle, ile u nas 8-letnie auta średniej klasy! |
|
11 sierpnia (3. dzień 174 km)
Zołotniki - Buczacz - Zaliszcziki - Czierniwcy
Buczacz zaciekawia. Zabytki z przetrąconymi figurami sprawiają smutne wrażenie. Trochę przykro, nie wiadomo dlaczego i po co ktoś to zrobił. Klasztor w Buczaczu jest za to w remoncie, dobre i to. Kupuję smaczne wypieki, pani ekspedientka wycina nożyczkami kawałek nadrukowanego paska paragonu. Nadrukowany pasek, czyżby coś w rodzaju wydruku z kasy fiskalnej?![]() W mniejszych miejscowościach i przy dużych nachyleniach droga bywa kamienista. Bywają zabawne sytuacje, gdy nawet miejscowi pytają, czy dobrze jadą. Kończy się piękna i równa droga asfaltowa, a zaczyna zjazd 12% i ledwie ubite kamienie, potem wioska i wjazd 12% po kamieniach i dalej równy asfalt. Większość wiosek, w których byłem, nie ma wodociągów. Są za to ładne studnie ustawione od strony drogi. Każdy może sobie nabrać wody, woda jest wspólna. Zabawnie wyglądają szczególnie bary ze studniami. Na wioskach dzieci pasą krowy, zawód pastucha nie zaginął! Czasami można zobaczyć dwóch pastuchów śpiących symetrycznie od strony drogi, gdy stadko pasie się spokojnie. Trochę szkoda, że krowy i konie wypasane są wszędzie, a najchętniej na rowach przydrożnych. Zupełnie jak u nas 20 lat temu, tylko że wtedy ruch na drogach był dużo mniejszy. Może dobrze, że tego mleka nie ma jednak w sklepach? Mleko stoi w kankach, a podjeżdżająca paskudna cysterna (w kolorze pomarańczowo-brudnym) zabiera wszystko razem. ![]() W sklepach nie ma koszy na śmieci, są tylko kartony, do których można wrzucić papierki i inne odpadki ze sklepu. Kwestia utylizacji śmieci prawdopodobnie jest na wstępnym etapie, świadczą o tym duże ilości śmieci po drogach. Chyba nikt sobie nie radzi z tym problemem, wyjątkiem są duże miasta.
|
|
12 sierpnia (4. dzień 110 km)
Czierniwcy - Siret - Szuczawa - pole gdzieś przed Paltinoasa W Czerniowcach główna ulica odświeżona, ludzie skrupulatni, przychodzą godzinę przed czasem. Okazało się jednak, że nie, ludzie przychodzą normalnie, tylko ja mam jeszcze polski czas. Najwyższa pora pchnąć zegarek o godzinę naprzód. Pani w barze mlecznym ostro reaguje na ustawienie roweru pod oknem. "Towarzyszu, weźcie ten rower spod okna!" - Wziąłem i poszedłem dalej.
Za Czerniowcami do granicy z Rumunią ładne górki, to już Bukowina, tyle że ukraińska. Górki łagodnie schodzą i wznoszą się, można zjeżdżać z jednej i pędem wdrapywać się na drugą.Spotykam Włocha Salvo, cyklistę długodystansowego. Ma ze sobą nawet gitarę i statyw do aparatu. Rower zabudowany niczym domek ślimaka. "Jeżeli zdjęcie, to razem" - zgadza się Salvo. Był w Polsce, ale jeszcze się wybierze. Jeździ czasami przez kilka miesięcy i ma inną technikę: mniej jeździć a więcej siedzieć przy piwie. Bez żony, bo żona to tylko ble, ble, ble... i na nic nie pozwala. Salvo jest miłośnikiem Dostojewskiego i dobrze zna rosyjski. Chciałby mieć polski paszport, bo można wszędzie jechać bez wiz i niepotrzebnej biurokracji. Trochę go zmęczyło załatwianie wizy ukraińskiej (koszt: 60 euro). Przysiadam się w barze przy drodze, ekspedientka jest z koleżanką. Ta ma dziecko w wieku szkolnym i dużo z tym problemów. "U nas od tego roku szkoła jest płatna, ciężko żyć." Okazało się, że "płatna" oznacza brak podręczników w szkole, wszystkie muszą kupić rodzice, jak też zeszyty i inne sprawunki. Informacja, że w Polsce jest tak od dawna, nie uspokaja jej. Nie dziwię się, my zarabiamy co najmniej dwa razy więcej niż tam, nawet pensja minimalna w Polsce jest prawie trzy razy większa, a bezrobocie na Ukrainie sięga prawie 40%. Prezydent Kuczma chyba odejdzie, w tym momencie ma małe szanse na ponowny wybór, tak mówią jego krajanie. Podobno obiecywał dużo, a niewiele zrobił. Żyje się ciężko, a zarobki są na poziomie 300-400 hrywn, czyli około 270 zł miesięcznie. Na koniec rozmowy byłem naciągany na 2 hrywny na papierosy, nie ugiąłem się pod presją, nawet na piwko nie dałem. Kupiłem za to czekoladę, a moja rozmówczyni obiecała z ręką na sercu, że zje z dzieckiem. Pewno po moim odjeździe zamieniła ją jednak na papierosy. ;-) Na Ukrainie trzeba się liczyć z tym, że się jest zatrzymywanym przez przechodniów o papierosy, albo pytanym podczas postoju. Jak ktoś chce się wkupić w łaski, to można wziąć ze sobą z paczkę. Lepiej kupić na miejscu, są dużo tańsze. Przejechałem granicę ukraińsko-rumuńską dość swobodnie, sami pasażerowie samochodów wskazali mi, żebym poszedł do przodu, a granicznicy zainteresowani niecodziennym turystą obsłużyli z uśmiechem, jak ukraińscy, tak i rumuńscy. Po rumuńskiej stronie spotkałem troje Polaków z plecakami. Jeśli chodzi o spotkanych na całej turystów, przeważali zdecydowanie Polacy, było dwóch Czechów, jeden Włoch i 4 osoby nieustalonej narodowości. Można nas rozróżnić po sprzęcie, większość ma dobry sprzęt pochodzenia krajowego: buty, namioty, plecaki i kurtki. Ja zostałem rozpoznany po namiocie marabuta, mimo że zazwyczaj z powodzeniem udawałem Rosjanina. Gorąco jak w piecu, a nie mam pieniążków na zakupy w sklepach, nie miałem okazji wymienić waluty. Oby do Suczawy! Na przedmieściach Suczawy robię przystanek przy studni, dziewczyna zagaduje w jakimś języku słowiańskim. Prawdopodobnie to jakiś zmieniony polsko-rosyjski. Coś pewno pamięta z mowy swojej babci. Suczawa to duże miasto wojewódzkie, raczej męczące, jak to wielkie miasta. Stare budynki wyróżniają się swoją masywnością, nowe projektowane są już inaczej i dobrze się prezentują. Tych betonowych jest więcej. Perełkami są budynki bardzo stare i w tych betonach wyglądają jak rodzynki w cieście. W Suczawie jest Dom Polski. Gdyby ktoś myślał, tak jak ja, że jest to coś w rodzaju schroniska, byłby w błędzie. Jest to olbrzymi budynek mieszczący nawet dużą salę, spotkania odbywają się do południa, a wieczorami, oprócz rzadkich koncertów, nic się nie dzieje. Stróż mówiący wyłącznie po rumuńsku w razie potrzeby skieruje do odpowiedniej osoby, na noclegi nie ma co liczyć, bo jest to raczej coś w rodzaju domu kultury. ![]() ![]() Ogólnie mówiąc Rumunia wygląda bardzo pozytywnie, jeżeli chodzi o prawa mniejszości, pieniądze są na to zawsze mimo trudnej sytuacji finansowej państwa, a mniejszości jest tutaj sporo: Polacy, Niemcy, Węgrzy, Ukraińcy. Mniejszości mieszkają w swoich wioskach i nazwy są zawsze wtedy wielojęzyczne, jest szkoła, sala zabaw itp. Problemem są tutaj jedynie Cyganie, chodzą nawet o tym opowieści: jak Cyganie otrzymali mieszkania w Bukareszcie, to trzymali w nich konie, a sami mieszkali w namiotach przed blokami. Po pokręceniu się po Suczawie jadę na zachód. Późno, nie dojadę już na nocleg do domu polskiego w Paltinoasa. Wyjechałem, gdy już się ściemniało i po 20 kilometrach dałem spokój. Trudno jechać, gdy prawie nic nie widać. Przenocowałem na polu po żniwach. Przez całą noc po drodze jeździły nie oświetlone furmanki, niesamowite wrażenie, nic nie widać, tylko słychać stukot kopyt. |
|
13 sierpnia (5. dzień 117 km)
pole - Paltinoasa - Cacica - Nowy Sołoniec - Paltinoasa - Gura Humorului - Voronet - Gura Humorului - Campulung Moldovenesc - Valea Putnei
Noc była piękna, to już kolejna bezchmurna noc z księżycem w pełni.W dzień pogoda upalna, widoki jak z obrazka. Dojeżdżam do Paltinoasa i szukam tam domu polskiego, nie mogę znaleźć. Jadę kawałek dalej i wracam, spotykam turystów z Polski czekających na autobus. Do domu dochodzę już łatwo po wskazówce rodaków, zresztą jest przy pierwszej krzyżówce, widoczny jak na dłoni. Biorę kąpiel, dość już mycia się w plenerze. Można się targować, gospodyni chce 100 tys. lei za nocleg, ale da się przenocować i za 50 tys. Mi i tak wszystko jedno, nie zamierzam zostawać tu na noc, ale za prysznic muszę zapłacić 50 tys. Polacy w schronisku częstują mnie herbatą, niestety w Rumunii nie można się napić prawdziwej herbaty, lokalny "cziaj" to rozpuszczalny proszek, taka sobie oranżadka. UWAGA: REKLAMA ;-)Briak StefaniaLoc: Paltinoasa Jud: Suceava Cod: 5914 ROMANIA Podaję namiar na Dom Polski w Paltoniasa, gdyby ktoś chciał zarezerwować więcej miejsc na dłuższy czas. Punkt jest całkiem niezły, przy stacji kolejowej, warunki schroniskowe. Pani Stefania nie ma telefonu, telefon ma prezes (Dom Polski w Szuczawie), więc można jedynie napisać list do pani Stefanii. Jak znajdę telefon do Suczawy, to też podam. Jadę do Kaczyków, w Kaczykach ma być jutro odpust i pojawi się podobno nawet 50 tys. katolików z całej Rumunii. Katolicy tutaj są w mniejszości, większość jest prawosławna. Faktycznie będzie odpust jak się patrzy. Już się zebrali straganiarze i sprzedają świecidełka i paciorki, są też odpustowe arbuzy. Ludzi jeszcze niewiele, raptem ze 2 tysiące.
W środku Kaczyków betonowe monstrum, była kopalnia soli, można ją zwiedzić. Kaczyki to w dużej części wioska polska, Polacy przyjechali tu kiedyś do pracy w kopalni. Teraz nie ma już wydobycia, co jest bolączką mieszkańców tej doliny. W innym miejscu w okolicy otwarto nową kopalnię, a tu zaprzestano wydobycia.![]() Zjadam jakieś kiełbaski, które serwuje bardzo brzydka kobieta, wręcz monstrum. Brrr. Jadę do Nowego Sołońca, to druga polska wioska w okolicy. Do wioski dojeżdża się betonową drogą, nazywaną czasami Aleksander Strasse od imienia naszego prezydenta, który po tym jak podźwigał w błocie na rękach swoją małżonkę postarał się, żeby drogę zrobiono (w ramach długu Rumunii wobec Polski). Tutaj faktycznie ludzie rozmawiają między sobą po polsku. W sklepie syn sprzedawcy zabawia się komputerem. Windows XP, tyle że wersji angielskiej. Widać nie wszystkim żyje się aż tak źle, jak by się wydawało. Sołoniec jest położony w bardzo ładnej i zadbanej dolince, a dojeżdża się tam mijając piękne rumuńskie domki drewniane, niczym w skansenie. Bajka. ![]() Problemy z wodą, jak wszędzie, w rzeczce można więc zobaczyć i kobietę z praniem, zwierzęta pijące wodę, ale też i ludzi myjących samochód i to w odległości kilkuset metrów. Wracam do Paltinoasa, a potem jade na zachód. Wieczorem mam już problemy żołądkowe, być może to te kiełbaski? Nawet nie rekompensuje tego całkiem ładny teren i jazda przełomami wśród lasów. |
|
14 sierpnia (6. dzień 53 km)
Valea Putnei - Iacobeni - ?
Kiepsko po kiełbaskach, oj kiepsko. Warto by było się zatrzymać na dzień i odpocząć, ale nie ma co się ze sobą cackać, naprzód! Całkiem ładna okolica, wjazd na przełęcz i zjazd na dół, a potem jeszcze cały czas powolutku pod górkę. Początek paskudny, droga naprawiana żwirem, prawie wywracam się na prostej drodze przy niewielkiej prędkości i podpierając nadwyrężam mięsień. Trochę boli przez przeszło następny tydzień. Dobrze, że nie jechałem z górki. Taka droga działa jak łożysko kulkowe, malutki spad i zjeżdża się na bok i przewraca. Po drodze mijam miejscowości, lasy świerkowe, a przy nich cyganów sprzedających grzyby, jagody i jeżyny. Chatki cygańskie jakieś inne niż na zachodzie Rumunii, tutaj chatki robią z łat - odpadów z tartaku przy przecinaniu pni na deski. Całość jest pokryta folią i przykryta od słońca gałęziami świerka. Ciekawe czy to już zimowe domki? Nie miałem okazji i kogo zapytać. Nad rzeczką ludzie biwakują, na ogół są nastawieni bardzo życzliwie, czasami nawet machamy do siebie. Może warto było się zatrzymać i trochę pobiwakować? W miejscowościach ludzie bardzo podobni do naszych górali z Podhala, profile te same i nawet stroje trochę podobne - białe koszule i szerokie zdobione skórzane pasy. Przy drodze dwa "wandraki" z Czech, popijają piwo. Bardzo ładny i niespecjalnie zamieszkany teren, góry Rodneińskie. |
|
15 sierpnia (7. dzień 148 km)
? - Borsa - Viseu de Sus - Sighetu Marmatei - Huta Certeze
Dojeżdżam do przełęczy, 1417 m. Serpentyny i serpentyny. To dlatego się aż tak ciężko jechało?! Powolutku mijają mnie ciężarówki. Na samej górze, na przełęczy budowana jest cerkiew. Zjazd 40 minut bez pedałowania aż do Borsa. Po lewej widać góry Rodneińskie całkiem, całkiem ładne. To takie rozciągnięte ze wschodu na zachód góry typu naszego Beskidu Wyspowego, tyle że górki są wyższe i mniej okrągłe, a bardziej wydłużone. Górki fajne, miejscowość już mniej fajna, główna ulica mało urokliwa. Mały tłok na drodze, kierowcy jeżdżą nieprawidłowo. Jeden z gości przeszedł sam siebie, wyprzedzał na wąskim przejeździe kolejowym na znaku stop wpychając się na trzeciego. Muszę się następnym razem nauczyć gestu stukania w czoło po rumuńsku! Jeden jechał na zakręcie za mną prawidłowo, aż się obejrzałem. Włoch. Zamawiam coś do jedzenia. Zupa okazuje się takim dziwnym rosołem, całkiem smaczna, a omlet jest paskudny na dziwnym pływającym tłuszczu. Gdyby nie było do tego pomidorów, to chyba by wrócił na talerz. Do wszystkiego dodają chleb, być może bez chleba tego nie da się zjeść? Odbijało mi się po tym do końca dnia, widocznie nie mam wprawy. Za Borsa aż do Satu Mare właściwie góry już się kończą, a zaczynają pagórki i drobne podjazdy, można odsapnąć. W ładniejszych miejscach widokowych ludzie zatrzymują się i robią sobie zdjęcia, sporo ludzi nad jeziorami. Po drodze widać jakieś lepsze nadleśnictwo, wszystko pięknie nasadzone jak ma być, do 1000 m buczyna, wiąz, grab, dopiero powyżej iglaste. Kilkanaście kilometrów pięknego bukowego lasu, przy lesie ludzie z koszami grzybów na sprzedaż. Stojąca Rumunka z małą córką (obie na ludowo) pyta się o godzinę. Gdy się dowiadują, że jestem z Polski następują pytania o gumę do żucia dla dziecka albo czekoladę. Trochę mnie zaskoczyła, większość w Rumunii już przecież z takiego proszenia dawno wyrosła. Teren bardzo ciekawy, pogranicze. Mijane wioski są na przemian ukraińskie, węgierskie i rumuńskie. W jednej z wiosek widać dwie szkoły podstawowe, jedna ukraińska, a po drugiej stronie drogi rumuńska. Tablice z nazwami miejscowości czasami są nawet trójjęzyczne. Wieża Babel? Zatrzymuję się na postoju przy potoku, jest bardzo ładnie a w potoku taaakie wielkie kamienie. Rumuni też biwakują, w końcu u nich wolno się rozbijać prawie wszędzie. Wolny kraj! Co kilka kilometrów przy lesie bezpłatne miejsce na biwak wykonane przez tutejsze nadleśnictwa. W barze przy parkingu przeszło 20 gatunków piwa, ważniejsze krajowe i większość znanych zagranicznych. W zaopatrzeniu w piwo Rumuni przerastają nas o głowę, w Polsce czegoś takiego nie widziałem. |
|
10 sierpnia (8. dzień 170 km)
Huta Certeze - Negresti Oas - Livada - Halmeu - Satu Mare - Csenger - Feherharmat - Kolcse
Podjechałem pod małe przejście w Halmeu na Ukrainę. Widać, że ludzie żyją tutaj z tego przejścia. Okazało się, że przejście jest, ale tylko dla samochodów ciężarowych już po odprawach w urzędach celnych. Mnie tędy nie puszczą, choćby i bardzo chcieli, tłumaczy mi rumuński pogranicznik. Proponuje mi jazdę przez Węgry i dodatkowe 100 km. Nie mam wyboru, muszę jechać przez Węgry, chociaż nie tego planowałem. Sądząc po ilości przejść granicznych stosunki między Ukrainą a Rumunią nie są zbyt serdeczne. Dojeżdżam do Satu Mare. Jest niedziela, więc ruch niewielki. Potem godzina stania na węgierskiej granicy i wio dalej. Za przejściem u czinkcziarza wymieniam leje na forinty, w zasadzie wszystko jest już pozamykane, ale jechać z niepotrzebnymi lejami i bez tutejszej waluty trochę głupio i nierozsądnie. Zaczepiony Węgier objaśnia mi dokładnie trasę, aleśmy się nagadali! ;-) Droga ładna, ludzie jeżdżą kulturalnie, Ameryka! Wieczorkiem wszyscy na piwko, nie piją specjalnie dużo, a raczej ze sobą przesiadują. Powodzeniem się cieszy małe piwko za 90 forintów. Dużo to czy mało? Czort wie, nie znam wartości tej waluty. |
|
16 sierpnia (9. dzień ? km)
Kolcse - Vilok - Bieriegowie - Mukaczewo - Tisziw
Rano Węgrzy przed pracą zajeżdżają na "pohar" piwka, prawie jak u nas. Całkiem dobre mają rogaliki, polecam szczególnie te z jabłkami, palce lizać. Jestem z powrotem pod granicą Ukraińską, zaszedłem ich od zachodu. A co! ;-) Przechodzę na Ukrainę przez Vilok. Ukraiński pogranicznik pomaga wypełnić kartę pobytu. Trochę są w tym niekonsekwentni, raz wymagają a raz nie wymagają różnych dokumentów, to już nie ten stary sowiecki system. Zaskakuje mnie tutaj Ukraina, przy granicy szerokim pasem mieszka duża mniejszość węgierska. Winnice, rozmowy ludzi po węgiersku i zamiast węgierskiego porządku ukraiński bałagan i wiejskość miast. Muszę przyznać, że bawi mnie to trochę. Dopiero od Mukaczewa jest prawdziwa Ukraina. Zatrzymuję się w barze. Chwalę, że wszystko bardzo smaczne. Wiem, stwierdza kelnerka! I co za skromność! ;-) Gorąco, będzie jeszcze cieplej. Przejeżdżam przez ukraińskie zakarpacie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak "urozmaiconej" trasy, same górki, chociaż na razie jeszcze łagodne. Zamierzam przejeżdżać przez Polanę, byle nie jechać główną trasą. Droga jest szeroka, ładna i zupełnie nowa. Korzystają z tego kierowcy, więc ruch jest bardzo duży. Stąd pomysł objazdu przez Polanę. Proszę o wodę, bo zaczepiłem nogą o pedał i z nogi leci krew. Zostaję zaproszony na kawę i ciastko. Okazuje się, że główna droga jest zamknięta, a cały ruch idzie przez Polanę. Nieźle musi wyglądać ta miejscowość uzdrowiskowa z tak dużym ruchem ciężarówek. Poza tym trasa ta jest dużo trudniejsza, same serpentyny i duże różnice wysokości. Pojadę więc główną trasą, a przez remontowane mosty przeprowadzę rower. Gospodarze są bardzo mili, wymieniamy spostrzeżenia. Okazuje się, że gospodarz ma emeryturę 275 hrywn, "a wojował!". Widać żal. Dom postawił w innych czasach, teraz by się nie dało. Syn handlował kiedyś w Polsce tureckimi wyrobami. "To były dobre czasy", wspomina. Teraz już nie ma tego rynku. Przejazd zamkniętą trasą jest niezapomnianym przeżyciem. Można jechać lewą stroną, prawą stroną, a nawet, jak ktoś potrafi, bokiem. Widoki niesamowite. Tylko w barach nic nie ma do zjedzenia, nie przygotowali, bo droga zamknięta. Coś za coś. Trasa trudna, oprócz normalnych górek dwa potężne "perewały". "Chłopaki, jak daleko do Matkiwa?" - pytam dwóch tubylców na jednym rowerze. -"Będzie ze 4 godziny". To mnie załamali, na mapie jest to bardzo blisko. Śpię na przełęczy, sjest już ciemno. |
|
17 sierpnia (10. dzień 170 km)
? - Matkiw - Stary Sambir - Sambir - Mościska - Przemyśl
Rano jest z górki, ale za chwilę się załamuję. Zjazd do wioski i droga z tłucznia. Autobus powolutku wdrapuje się pod górkę. Całe szczęście, że takie "terenowe" odcinki pojawiają się tylko czasami. Trasa jest trudniejsza niż się spodziewałem, górki i ciężkie odcinki drogi. Sklepy pozamykane, pytam dlaczego? Jeszcze jest wcześnie! - mówią ludzie (a jest już 9!) Święto "spasa", wszyscy ruszają do cerkwi i święcą owoce. Nie znam tej tradycji. Niby poniedziałek, a jak w niedzielę, wszyscy odświętnie ubrani. Sprzedawca przed cerkwią sprzedaje śliwki. Śliwki okazują się bardzo atrakcyjnym towarem. Dziwne, wszyscy mają przy domu jabłka, a śliwek jak na lekarstwo. Krowy, wioski, górki, rzeczki, dzisiejsza trasa raczej wiejska. Zatrzymują mnie żołnierze przy szlabanie, zielone berety, trochę się przekomarzamy. Dlaczego niby mam się dać wylegitymować?! Dlaczego jadę rowerem, a nie samochodem? - kolejny raz muszę się tłumaczyć. "Bo samochodem może każdy", odpowiadam. Żegnamy się serdecznie i naprzód. Po drodze takie zjazdy, że można by było jechać i 80 km/h. Nie ryzykuję jednak więcej niż 50, znając jakość dróg i liczne niespodzianki terenowe. Stary Sambor a potem Nowy Sambor. Ludzie jedzą obiad, popijają schłodzoną wódeczkę, bardzo fajnie, smacznie i kulturalnie. Jadę w kierunku Mościsk, zaskakująco dużo mieszka tutaj Polaków i jakby są trochę bardziej bogaci, duże stada bydła na pastwiskach. Przy drogach paradują dziewczęta ubrane dużo bardziej kuso niż byłoby to akceptowane gdzie indziej. Dziewczyna w koszulce na ramiączkach! Gdzie indziej nikt by na to nie pozwolił, opinia publiczna by ją zjadła. Ale tutaj wolno, tutaj jest polska strefa i polskie zwyczaje. Kościoły katolickie i na kościołach napisy po polsku. Za Mościskami na granicy już nie jest aż tak przyjemnie. Czuć atmosferę przemytu, łapówek. Ludzie zastraszeni, a urzędnicy - pany. Polscy celnicy pozwalają sobie na siedzenie w pomieszczeniu przy przejściu i straszenie z niego przechodzących. A co pan ma w tym rowerze? A może pan tam coś przewozi w ramie? Jakieś brylanty... Stojący za mną Ukraińcy posłuszni, jakby z innego systemu, spuścili uszy i spokojnie czekają. Na zachodniej granicy nie ma takich numerów. "A tnij pan nawet ramę, jak pana na to stać!", pozwalam sobie na odrobinę bezczelności. Chwilę pośmialiśmy się... i już jestem po polskiej stronie. Okazuje się z rozmów, że po polskiej stronie to dopiero jest dzicz. Bandy wyrostków zabierają Ukraińcom towar, szmugiel przygraniczny jest na sporą skalę, jest zorganizowany. Ukraińcy traktowani są jak druga kasta i wyganiani nawet z dworca w Przemyślu. Całkiem duża część Przemyśla żyje z przemytu albo z granicy i nie zamierza z tego zrezygnować. Policja się przygląda i często nie interweniuje; po co ryzykować, gdy emerytura już za kilka lat?! Będąc tych kilka dni w Rumunii i na Ukrainie takich spraw nie zauważyłem. Trochę przykro, gdy się jest Polakiem przyjąć do wiadomości, że niebezpiecznie jest u nas. Mijam trójkę z plecakami. Jadą na Krym. Takim to dobrze! Może następnym razem? |
Zdjęcia z Zakarpacia jeszcze w aparacie! PodsumowanieStraty rowerowe:
- nie ma! (kupiłem przed wyjazdem nowy rower :-).
|
|
Inne straty:
- sakwa nie wytrzymała i podarła się na szwach (może da się ją wymienić),
|
|
Wnioski:
- pora gorąca jest równie dokuczliwa jak pora deszczowa :-),
- przydałyby się większe butelki na wodę, szczególnie w czasie upałów, - nie jest tak strasznie na Ukrainie, jak to malują. |
|
wstecz zobacz też: Rowerem do Rumunii (2002) Rumunia Kuby Osucha (2003) |
|
Dariusz Jagła
Ośno Lubuskie
|