|
wstecz zobacz też: Rumunia i Ukraina (2003) |
Rowerem do Rumunii |
|
2 sierpnia (0 km)
Dzień przed wyjazdem, a miałem już jechać. Padało!
Wyjazd z poślizgiem, trzeba było się wcześniej spakować ;-). Ale i tak pada deszcz :-) Przygotowałem się w miarę starannie, wymiana dwóch kół w rowerze, zakup drobnych części, kilka map etc. |
|
3 sierpnia (1. dzień 220 km)
Ośno Lubuskie - Międzyrzecz - Nowy Tomyśl - Grodzisk Wlkp. - Będlewo - Rogalin - Kórnik - Śrem - Dolsk
Zapowiadał się deszcz, ale nie pokropiło, a więc naprzód! Do Międzyrzecza szybko i z górki. Potem mijam w Tomyślu największy kosz z wikliny - rekord Guiness'a. Dziwny objazd deptaku Tomyślu. Po drodze oglądam kilka pałacyków: w Będlewie, Rogalinie i Kórniku. Ładne i zadbane odróżniają się od tych Lubuskiem. Przejeżdżam koło Wielkopolskiego Parku Narodowego, zupełnie nie zauważając, brak jest informacji na trasie i mijam zapominając.
|
|
4 sierpnia (2. dzień 186 km)
Dolsk - Jarocin - Gołuchów - Warta - Szadek
W krainie podziemnych pomarańczy. Jadę, jadę... W zasadzie nic ciekawego się nie dzieje. Trochę dziwi mnie wielkość Jarocina, we wspomnieniach z festiwali rockowych jest dużo mniejszy niż w rzeczywistości. Przy objeździe Kalisza nad Prosną spotykam wyżyłowanego pan z rowerem i papieroskiem. "Ludzie nie chcą jeździć, wolą siedzieć przed telewizorem. Szukam partnera do wyjazdów i nie znam nikogo takiego." Warta-miasto jest niespecjalnie ciekawa, natomiast rzeka Warta w Warcie, jest dość interesująca. Po drodze rozmijam się z burzą. Przejeżdżam koło Międzyrzecza Warty i Widawki. Ładnie. Ciekawy krajobraz, a na drodze dwie spore górki, prawie jak na południu. Zjeżdża się z jednej w zabójczym tempie, żeby wjechać zaraz na drugą. |
|
5 sierpnia (3. dzień 180 km)
Szadek - Łask - Piotrków Tryb. - Sulejów - Żarnów - Końskie - Suchedniów - Bodzentyn - Św. Katarzyna
Wjeżdżam w krainę gdzie chleby są okrągłe a ludzie mówią roboki i dziecioki. Zauważyłem, że ranne zgrupowanie rowerów przed sklepem oznacza, że jest problem z chlebem i właśnie go dowieźli do sklepu. W spożywczych są same kobiety i cierpliwie czekają aż wypakują chleb. Później rowery przed sklepem oznaczają, że panowie piją piwo, albo, kryjąc się trochę, popijają wino marki "wino" spod kurtki.
Wjeżdżam do Piotrkowa Tryb. i zaraz żałuję. Trasa do Sulejowa jest koszmarna, bez pobocza z dużym ruchem. W Sulejowie zaglądam w mapę i zaraz znajduje się chętny do pomocy. 65 ma lat, jak się pochwalił, i też dużo jeździ na rowerze. Ma 2 samochody, a sporo jeździ rowerem, jeżeli może. "Mógłbym się z panem pościgać na 50 kilometrów. Widzi pan... (pokazuje na nogę, spodziewam się sztucznej nogi u mojego rozmówcy) ...twarde jak kamień. Trzeba dużo jeździć!"
Bodajże w Żarnowie spotykam kolejną pielgrzymkę. Jest to dawna pielgrzymka narkomanów wyruszająca co roku z różnego miejsca w Polsce, Czech a nawet Litwy. Teraz już zupełnie odmieniona, ale opinia pozostaje. Ludzie włącznie z proboszczami zamykają drzwi i okna, bo ćpuny idą i mają pielgrzymi problem z noclegiem. Jeden z uczestników popijając piwko mówi, że jest organizowana impreza i jakoś trzeba było ją nazwać, a czy to pielgrzymka czy coś innego, nie ma specjalnego znaczenia.
Przejeżdżam przez Góry Świętokrzyskie. Przed wjazdem spotkani przed sklepem mieszkańcy przestrzegają że będą górki i ciężko "Tam to już trzeba mieć kondycję. Ale jest co oglądać... a w Kałkach jest droga krzyżowa i jest nawet samochód Popiełuszki (w którym zginął)." Faktycznie trochę męcząca trasa dla ciężkiego rowerzysty - z górki na górkę. Łapie mnie burza, udaje mi się schować. Czekamy obaj z mężczyzną wracającym z pracy na rowerze. Pracuje w pobliskim prywatnym zakładzie rolnym. Kawaler, żony nie ma, bo i za 800 zł na rękę miesięcznie nie stać go na utrzymanie rodziny. Ale pracuje, a nie wszyscy chcą. Wolą być na bezrobociu niż za 800 przy świniach robić. Śmierdzi im! (dziwne, według klasyka pieniądz miał nie śmierdzieć)Jadę dalej po burzy. Łysica patrzy z góry. W końcu gubię drogę, jadę dalej leśną drogą. Jest już późno jak wjeżdżam do wioski. "Co? z siódemki?" - pytają w wiosce dziewczęta. Widać nie jestem pierwszy. Jeszcze kilkanaście kilometrów, kolejny raz pogoniony po drodze przez miejscowe psy, i daję za wygraną w Św. Katarzynie. Na dziś dość. |
|
6 sierpnia (4. dzień 226 km)
Św. Katarzyna - Stopnica - Szczucin - Tarnów - Tuchów - Ciężkowice - Ropa - Uście Gorlickie Jadę trasą 73 do Tarnowa i tu miła niespodzianka. Droga ładna z szerokim poboczem, mały ruch. W Szczucinie remont mostu na Wiśle. Fachowcy z rusztowania pytają o godzinę, w nagrodę zostaję obsypany piaskiem z piaskarki. W Radwanie widzę obwałowaną rzeczkę. Płytko, może 20 cm. Napotkani chłopcy pływają w rzeczce. Są stąd, przy pomocy łopat i wiader pogłębili w jednym miejscu i tu można się wykąpać. Trzeba sobie jakoś radzić. Mijam sklep ze starociami. Jest ładna malowana skrzynia, kilka wozów i trochę innych ciekawych rzeczy. Właściciela nie ma, może jest w sklepie? Szkoda, nie poznam ceny. Wjeżdżając do Tarnowa zjeżdżam z niezłej górki; potem trzeba będzie to odrobić. Wyjeżdżając do Tuchowa mylę drogę i pewno robię dodatkowe kilometry. W zamian za to mam wspaniały widok na Tuchów, a zjeżdżając do Tuchowa spiłowuję klocki hamulcowe. Będzie ponad 12%, jak oni tutaj jeżdżą tymi maluchami? Dość dobrze się jedzie i bez niespodzianek. Chyba miałem minimalny wiatr w plecy. Próbowałem dojechać wieczorem do Radocyny, ale jak wleciałem po ciemku do rowu wciągnięty przez zapakowany rower, (odchodząc na bok przed pedzącym i oślepiającym mnie motorem), dałem za wygraną. Śpię na górce nad Uściem. Malowniczo, ciepła noc. |
|
7 sierpnia (5. dzień 38 km)
Uście Gorlickie - Radocyna
W Uściu nad jeziorem sporo namiotów. Ładnie, w końcu tutaj kręcono sceny do "Ogniem i Mieczem". Po wyjechaniu z Uścia łamię pedał i zaczynają się moje problemy z rowerem. Wracam do Uścia 6 km, bo podobno tylko tutaj są rowery, więc pewno i części. Rowerów już nie prowadzą, ale części są, niestety marnej jakości. Pierwszy pedał ma zepsuty gwint. Nie zauważam i niszczę część gwintu. "Mój syna łamie je tutaj, albo wygina tutaj" mówi sprzedawczyni. Antyreklama, ale cóż począć? Kupuję, tłumacząc syna z występków. Dojeżdżam do Radocyny przy mocnym wietrze w twarz. Na bazie zdziwienie, jest więcej rowerzystów niż piechurów. Oznakowano okoliczne drogi i tak powstało sporo "nowych" tras rowerowych. Odpoczywam na bazie cały dzień, zawsze lubię to miejsce. Na bazie nowa wiata, starą ktoś podpalił, a mostek przeciął piłą motorową. Podejrzani o to są myśliwi z okolicznego koła łowieckiego. Myśliwi są tutaj potentatami, wykupili sporą część ziemi i podejrzewają turystów z bazy o różne niecne czyny, jak podcięcie ambony myśliwskiej czy rozpalanie ognisk gdzie nie wolno, ta baza to istne źródło zła. Pozmieniało się w ciągu roku, dwóch. Są próby zasiedlania tych dzikich i pięknych okolic, kilka soób już kupiło działki pod zabudowę. |
|
8 sierpnia (6. dzień 180 km)
Radocyna - Bardejov - Mad.
Przejechałem (prawie ;-)) błyskawicznie przez Słowację. Z Radocyny pojechałem do Bardejowa, a stamtąd przez Kapusany do Koszyc. Do Presova jechałem bardzo spokojnie, bo odezwał się wymieniany pedał. Kiepska jakość
pedału (za 8 zł) i uszkodziła się korba, poszedł gwint. W Presovie wymieniam na inny, udaje się na szczęście dokręcić. Większe naprawy odpadają, majster od rowerów poszedł na urlop. Ekspedientka dziwi się, że mam swój klucz - dużą 17 (z długim trzonkiem). Wiatr w plecy i ciepło. Przejeżdżam dłuższy czas przez Koszyce, potem przejście z Węgrami. Na Węgrzech zdziwienie, nie wolno jeździć jak się podoba, drogi krajowe są zamknięte dla rowerów. Wiatr nadal w plecy, ale pojawiają się paskudne chmury. Spotykam Węgra na rowerze, ale jedzie w innym kierunku. Staram się nauczyć od niego kilku słów po węgiersku, bez rezultatu. Jadę prawie wzdłuż granicy na wschód. Pojawiają się pierwsze winnice na południowych stokach wzgórz. Lasów brak, za to są nieużytki porośnięte krzakami. Mijam odkrywkę geologiczną i kopalnię odkrywkową węgla. Dojeżdżam do Mad i idę spać. Dość wrażeń jak na jeden dzień.
|
|
9 sierpnia (7. dzień 180 km)
Mad - Szerencs - Prugy - Tiszaeszla - Tokaj - Nagyhalasz - Kisvarda - Vasarosnameny - Mateszalka
Zaczęła się pora deszczowa. Pada paskudnie i zatrzymuje mnie na Węgrzech. Zdobywam węgierskie doświadczenia. Staram się dojechać do Tokaj, a tu niespodzianka - zakaz jazdy rowerów, a jest tylko 14 km. Staram się jechać boczną drogą i wjeżdżam przypadkowo na fermę świń. Pracownicy nie zwracają na mnie uwagi. Przyklejone gliniane błoto nieznanej mi wcześniej konsystencji blokuje koła, trzeba patykiem wyciągać to-to spod błotnika i hamulców. Pada... Kupuję porządną mapę i staram się ułożyć jakoś plan drogi. Jest to niezła łamigłówka, jechać drogami dla rowerów i nie kluczyć. Do Tokaj dojeżdżam robiąc 34 km. Tutaj spotykam czwórkę Polaków wracających z wesela. Spali na kempingu, aż piorun wygonił ich uderzając w dwa domki, deszcz spłukał namioty z pola namiotowego. Pada... Dojeżdżam w deszczyku do Mateszalka, gdy jest już wieczór.
|
|
10 sierpnia (8. dzień 180 km)
Mateszalka - Nyirbator - Nyirbeltek - Nyirabrany - Mihai - Oradea
Budzę się i oglądam swoje rzeczy. Okazało się, że nie włożyłem porządnie paszportu. Zamókł strasznie, ale stronę ze zdjęciem da się odratować. Jadę więc na południe, susząc przez ten czas paszport przy pomocy kupionych chusteczek. Inaczej nie można, nie przepuszczą mnie w Dortolt do Satu Mare. Przed południem przestaje padać, a w południe robi się upalnie. Robie przerwę i suszę namiot, śpiwór, rzeczy i paszport na słońcu. W paszporcie przetrwały dobrze jedynie pieczątki niemieckie i duńskie. Polskie, czeskie i słowackie nie przetrwały. Nie mamy pomysłu na dobry tusz?
Przekraczam podwójną granicę, dawno już nie pamiętam czegoś takiego. Granica węgierska, miła rozmowa, przepuszczają, pas ziemi niczyjej i granica rumuńska. Pogranicznik pyta się co to jest, pokazując rozlane pieczątki, ale przepuszcza. Celnik udaje urażonego, gdy go nie zauważam. Za przejściem wóz konny; ktoś przyjechał odebrać znajomych. Przejeżdżam przez Mihai. Jest bankomat! Ale... nieczynny. Próbuję wymienić pieniądze (EURO), nikt nie jest zainteresowany. Najbliższy bankomat w Satu Mare albo Oradea. Wybieram drugie. Po drodze mijam rumuńskie wioski i chatki cygańskie, kobieta idzie ulicą poganiając witką nagie dziecko. W Oradea zdziwienie, duże miasto i jest wszystko od Opla do superdyskoteki. Globalna konsumpcja... Nie pada ;-)
|
|
11 sierpnia (9. dzień 111 km)
Oradea - Biharia - Sarsing - Cihol - Saniola - Sannicolan de Mume - Sacueni - Marghita - Tasnad
Jadę z powrotem. W Biharii rozmawiam z młodym Węgrem. Znasz historię? - pyta. Nie znam - odpowiadam. Ten obszar był kiedyś węgierski, a Biharia jest w 100% węgierska i tu się mówi po węgiersku. A wokoło ruiny są tego świadectwem. Wymienia wioski i miasteczka węgierskie, wioski rumuńskie i te mieszane. Zaprasza na festiwal muzyki rockowej w Biaharia, w miejscu po zamku z piasku. Prawdopodobnie pozostałość po okopie w stylu szwedzkim, teraz tutaj odbywają się imprezy. Przejeżdżam przez wioski. Kupuję arbuza. Chłopcy tradycyjnie wykrawają kawałek, żeby pokazać, że jest dojrzały. Po drodze nabieram wody w przydrożnym ujęciu mineralnej. A zaraz będzie strand, twierdzi Rumun łamanym polskim. Był kiedyś w pracy w Katowicach. Strand okazuje się wybetonowaną grupą basenów. Jeden jest czynny, leci tam ciepła woda. Pojazdy stoją, a dziadkowie z wnuczkami się taplają. Nie wolno od razu wchodzić-serce, wyjaśnia Rumun na migi. Trwają rozmowy częściowo po angielsku, częściowo na migi. Sympatycznie i bez zawiści. Zdziwienie, że przyjechałem na rowerze z Polski. Po wyciągnięciu aparatu bez pytania ustawia się rodzinka przed obiektywem. Robię zdjęcie. Wymiana adresów i w drogę.Drogi są albo całkiem dobre bez dziur i wyboji, albo kamieniste, albo ich nie ma. Przejeżdżam prze wioskę, cygańskie dzieci zastanawiają się czy rzucać kamieniem. W końcu jednak nie rzucają. ![]()
Dojeżdżam do Tasned w chmurach, pod wiatr. Tutaj strand, to duży ośrodek. Duży kemping, na nim w większości Rumuni, ale są też i Polacy. -Szefa nie ma, mówią sprzedawcy arbuzów sprzed bramki. W końcu ustępują, mam iść spać, a rano zapłacę, skoro tak się uparłem. W nocy potężna burza.
|
|
12 sierpnia (10. dzień 193 km)
Tasned - Carei - Satu Mare - Vasarosnameny - Kisvarda - Cigand - Sarospatak
Wstałem, trochę się przejaśniło i nie pada. Szefa nadal nie ma. Jadę nie płacąc. Po drodze spotykam wóz z wczorajszym sprzedawcą arbuzów. Uśmiecha się, poznaje. ![]()
Pogoda się poprawia i w Satu Mare jest znowu piękne lato. Przy granicy znowu Węgrzy. Wyjaśniają sobie, że jestem Polakiem. Wyjeżdżając z Rumunii spotykam parę cyklistów. Nie wiem skąd są, ale chyba z rejonu Beneluxu.Znowu Węgry, ale jadę już spokojnie, nauczyłem się jeżdżenia po żółtych i cienkich czerwonych drogach. Drogo. Winogrona po 13 zł, a zwyczajny lód w spożywczym po 3 zł. |
|
13 sierpnia (11. dzień 193 km)
Sarospatak - Trebisov - Vranov - Hanusovce - Giraltovce - Marhan - Bardejov
Sarospatak to ładne miasteczko. Nizina, miasteczko, a nad nim trzy wzgórza z winnicami. Idealne miejsce do nakręcenia filmu grozy, lawa, albo inna godzilla schodziłaby z góry na miasteczko.
Szukam przejścia ze Słowacją. Na mapie są dwa przejścia, jedno główne, a drugie turystyczne tylko dla Słowaków i Węgrów. Robię dodatkowe 20 km i "dzięki temu" już dzisiaj nie zdążę na bazę w Radocynie. Okazuje się, że niepotrzebnie się kręcę po okolicy, bo na tym dobrym przejściu już byłem. ;-(Słowacja tym razem przez Slovenske Nove Mesto. Po drodze mylę drogę i łapię dwie gumy pod rząd. Nie chciałem wjeżdżać do Trebisova, więc pomyliłem droge i pojechałem do Secove. Dłużej i pod górkę. Spotkani tam dwaj słowaccy gimnazjaliści pomagają użyczając kombinerek, ale na wszelki wypadek pytają się czy to nie jest ukryta kamera i gdzie mają się uśmiechnąć. Boją się, że potem znajomi będą z nich sobie robić "kokoty". "A może jesteś Rus? Mam chore serce i uszkodzoną komorę, nie nadaję się na organy". Wzajemne uprzedzenia i zmyślone opowieści, a tak blisko siebie mieszkamy. Pokazują przechodzącego Cygana i pytają się czy "coś takiego" u nas też mieszka. Po obejrzeniu cygańskich "osiedli" na Słowacji nie dziwi mnie takie nastawienie młodych i normalnie życzliwych Słowaków. Dalej jadę już zaplanowaną trasą. Spotykam Słowaków na bicyklach, zmoczyło ich wczoraj solidnie, dlatego suszą cały dzień rzeczy, a wybrali się na przejażdżkę bez "batohów". Ładna ta Słowacja i ciekawe przejazdy między górkami, chociaż w deszczu. Niezłą trasę wybrałem nie chcąc jechać głównymi drogami. Zatrzymuję się chwilami gdy ulewa się nasila. Szukanie przejścia, dwie gumy, skomplikowana naprawa, deszcz... i dojeżdżam wieczorem do Bardejova. Dalej się nie da. Szkoda. Gdy idę spać leje jak z cebra. |
|
14 sierpnia (12. dzień 33 km)
Bardejov - Radocyna
"Dojeżdżam" do przejścia w Koniecznej, ostatnie 2 km pcham rower pod górkę. Jechać się nie da, chyba jest z 12%. Cały czas pada. Na przejściu staram się kupić coś do naleśników. Nie daje się, jest sam alkohol i miód. Zostaję na bazie w Radocynie. Dzień do tyłu, ale co robić?! Wszystko namokło, a pada non stop. |
|
15 sierpnia (13. dzień 104 km)
Radocyna - Gorlice - Zakliczyn - Tymowa - Murowana Lipnica
Dojeżdżam do Lipnicy a tam potężna burza, chyba największa na trasie. Szukam miejsca na rozbicie, wszystko zajęte, zabudowane; wszędzie pola albo zabudowania. W końcu rozbijam się przy bezpiecznej rzeczce w mini-lasku przy rzeczce. Po drodze łapię dwie gumy. Oglądam tylne koło. Łyse! Zamieniam oponę przednia z tylną i jest już dobrze, nic się nie dzieje po drodze. |
|
16 sierpnia (14. dzień 112 km)
Murowana Lipnica - Nowy Wiśnicz - Bochnia - Nowe Brzesko - Proszowice - Słomniki - Wolbrom
O 5-tej jeszcze pada, a o 6-tej już nie. Budzi mnie szmer, grzybiarz. Pyta się jak ja tutaj trafiłem. Daje mi fałszywą wskazówkę, według niego pomyliłem drogę. Okazuje się, po fakcie, że byłem jednak na trasie. Zrobię "dzięki temu" dodatkowe 8 km. Prawie jak w grze planszowej: "Spotykasz grzybiarza. Tracisz jedną kolejkę". Nowy Wiśnicz i cukierkowy zamek. Dziwne, ale zamek wydaje się być poniżej miasta, a na pewno nie wyżej. W Wiśniczu korzystam z kawiarenki internetowej. Sprzęt działa z trudem, w kawiarence raptem 3 komputery - właściciel się przeprowadza i nic już nie naprawia. W Bochni zmieniam parę rzeczy w rowerze: koło, dętki, opony. Kupuję nowe sandały, bo stare sie już do niczego nie nadają przez te deszcze. Śmierdzi od nich, że sam się im przyglądam. Nie jest żal, bo to i tak była wychodzona taniocha od razu przeznaczona na wyrzucenie na śmieci. Chyba już nie będzie padało w najbliższym czasie. Rozbijam się w ogrodzie u sympatycznych właścicielek sklepu spożywczego zachęcony propozycją. Gdzie pan teraz będzie spał? Co pan będzie jadł?... Mój wnuczek też tak się tuła, w jak jest burza, to jedzie z kolegami do lasu... To jest zrozumienie turysty ekstremalnego. ;-) Wizyta papieża w Polsce. W Małopolsce zakaz sprzedaży alkoholu zostaje tylko Pilsner, jako mniej alkoholowe. W sklepikach, mimo strachu przed zabraniem koncesji, sprzedaje się piwo, a klienci popijają je "z rękawa" obserwując bacznie wchodzących do sklepów. Partyzantka. Wybrałem całkiem ciekawą trasę na powrót, cały czas są górki. Z górki i pod górkę i tak w kółko. Ciężko przejechać dłuższą trasę, dzisiaj tylko 112. |
|
17 sierpnia (15. dzień 219 km)
Wolbrom - Pilica - Lelów - Drochlim - Św. Anna - Ważne Młyny - Pajęczno - Osjaków - Lutów - Grabów nad Prosną - Antonin - Odolanów(?)
Znowu górki, ale już mniej. Cieplej. Przyglądam się pedałowi. Pękł i pęknięcie się poszerza. Przykro będzie, gdy się ułamie. Po drodze mijam grzybiarzy - same kurki i prawdziwki. Niewiele. Mijam ładne lasy i w jednym miejscu żurawie. Tego mi brakowało na Węgrzech. Ładna pogoda, spokojnie, mały ruch. Tylko po co te problemy techniczne? |
|
18 sierpnia (16. dzień 213 km)
(?)Odolanów - Sulmierzyce - Zduny - Kobylin - Gostyń - Kunowo - Kościan - Grodzisk Wlkp. - Sątopy - ... - Rzepin - Ośno Lubuskie
Śpię w plenerze, pogoda ładna. Budzę się z jaszczurką na głowie. Czy to było koło Odolanowa nie pamiętam, nie zapisałem w kajecie. Pogoda ładna, aż za gorąco. Ruchu na drodze prawie nie ma, spokojnie. Jadę już drugi dzień z pękniętym pedałem. Boję się, że zepsuty pedał odpadnie i zostanę w polu z problemem. Nie można nigdzie tego kupić, w końcu są dni wolne: sobota i niedziela. Zostaje mi raptem 100 km i jest wieczór, więc w Sątopach decyduję się na dojazd pociągiem. Jadę 102 km z PKP. 22 zł za bilet z rowerem. Jestem w Rzepinie po 23-ciej, a z Rzepina jadę do Ośna. Wcale nie jestem wcześniej niż bym był, gdybym to przejechał sprawnym rowerem, ale cóż, z jednym pedałem dojechałbym w dwa następne dni. Po oddaniu roweru do przeglądu okazało się, że trzeba wymienić całą korbę, tani pedał zrobił swoje - zepsuł gwint. |
PodsumowanieStraty rowerowe:
- pedały 3 sztuki (prawe!),
- korba, - tylne koło, - 4 dętki, - 2 opony, - klocki hamulcowe. |
|
Inne straty:
- paszport do wymiany (zalany),
- radyjko do naprawy (zupełnie niepotrzebnie wzięte), - porwana na moście sakwa (do wymiany). |
|
Wnioski:
- Polska jest duuużym krajem, a świat jest mały (jak to pogodzić? :-)),
- u nas jest najciekawiej, najwięcej lasów i ptaków, - nie każdy bocian jest Polakiem, może też być Węgrem, - w Rumunii jest świetniem a na wioskach nie ma makdo-mlasków, - mamy gorsze drogi od rumuńskich, a w księgarniach nie ma darmowego internetu, - tani rower nie nadaje się na taki wyjazd, ale dojechać i wrócić można, - dobrze jest wymienić chociaż tylne koło na dwukomorowe, a najlepiej oba, - małe kombinerki są niezbędne, - warto zabrać parę dobrych pedałów, ale lepiej kupić od razu porządne, - dokumenty dobrze jest trzymać zawsze w pojemniku hermetycznym, - jechać w dwie osoby, to chociaż można zajść spokojnie do sklepu! - potrzebny jest bagażnik na kierownicę na aparat, bo ciężko jest wyjmować go z sakwy i modele uciekają. |
|
wstecz zobacz też: Rumunia i Ukraina (2003) |
|
Dariusz Jagła
Ośno Lubuskie
|